Brak wyników

HR mindfulness trendy

16 kwietnia 2019

NR 2 (Kwiecień 2019)

Walcząc o skupienie

390

Nie wiem jak Wy, ale ja czasami czuję się, jakbym tonął. Żyjemy w erze gloryfikującej bycie zajętym. Produktywność to nasz Święty Graal, prokrastynacja to nasza trucizna. Eksponujemy publicznie nasze życia, w związku z czym coraz bardziej koncentrują się one wokół marketingu jednostki, jako doskonałego pracownika, idealnego partnera czy też perfekcyjnego lidera. Jednak dążąc do perfekcji, często zapominamy o tym, by kochać sam ten proces, tę drogę do naszych celów. W pośpiechu zapominamy o zrobieniu kroku wstecz, rozwijaniu naszej wizji, dbałości o szczegóły, pasji oraz dążeniu do doskonałości.

Sam wpadłem w tę pułapkę. Poświęciłem się pracy. Stawaniu się liderem, rzecznikiem przemawiającym do światowych przywódców, opowiadającym się za opartym na prawach człowieka podejściem do budowania zdrowszych społeczności. Spędzam miesiące na podróżowaniu. Całe tygodnie jestem w drodze. Radzenie sobie ze wszystkimi zadaniami zawodowymi i życiowymi jest wyczerpujące, a ciągłe bieganie na lotniska, siedzenie na kanapach i w salach konferencyjnych nie pozostawia wiele przestrzeni na myślenie.

Podobnie jak wielu innych ludzi zazwyczaj zapełniam chwile, które mam dla siebie, wygodą zamiast jakością. Niekończącym się strumieniem rozrywkowego ekwiwalentu fast foodu.

Netflix udostępnia wszelkie w miarę przyzwoite pro­­­g­ramy telewizyjne, które mógłbym kiedykolwiek ­zechcieć oglądać podczas długich podróży samolotem. Spotify zawiera nieskończoną ilość algorytmicznie wygenerowanych playlist zagłuszających hałas życia. Instagram, Twitter i Facebook dostarczają nam małe kąski wglądu w to, co dzieje się w otaczającym nas świecie – na Twitterze i Facebooku toczą się zwykle kłótnie wokół spolaryzowanej polityki i wiadomości – nie stanowiąc żadnej przerwy od pracy, pozostawiając mnie w trybie „włączony” 24 godziny na dobę. Instagram staje się schronieniem, ale liczba filiżanek kawy przy kominku i osób w naturalnych okolicznościach przyrody, którą można obejrzeć, zanim to również stanie się zbyt powtarzalne, jest ograniczona – ciągłe zalewanie ludzi „targetowanymi” treściami wydaje się końcem kreatywności.

Jest to wyczerpujące, niebezpieczne i nie pozostawia wiele miejsca na uważność.

Uważność zaczyna się od samoświadomości, a stamtąd rozrasta się do świadomości obejmującej całe Twoje otoczenie. Musisz być świadomy swoich potrzeb i celów, aby móc być czujnym na potrzeby i cele tych, którzy Cię otaczają. Musisz zatrzymać się, posłuchać i obserwować siebie i innych oraz oddać się refleksji. Jest to kluczowe dla każdego zdrowego przywództwa, ale łatwo jest się zagubić w detalach codziennych wyzwań i zapomnieć o konieczności zrobienia kroku wstecz, aby zastanowić się i naprawdę zrozumieć złożoność sytuacji przed podjęciem kolejnych działań.

Niedawno przeczytałem Absolutely on Music [Absolutnie o muzyce] Murakamiego, opowieść o relacji tego znakomitego pisarza z doskonałym dyrygentem Seijim Ozawą. Ozawa wspomina tam o „Ma”. W języku japońskim terminu „Ma” używa się do opisania chwilowej przerwy w muzyce, pauzy, która wciąga Cię w głąb siebie. To wymaga, aby wszyscy oddychali razem, w zsynchronizowany sposób.

Książka ta i pojęcie „Ma” przypomniały mi o mojej (wcześniejszej) młodości. Kiedyś grałem na skrzypcach w amatorskiej orkiestrze symfonicznej. Traktowałem to jako hobby i nigdy nie chciałem zostać zawodowcem, ale dążyłem do doskonałości. Angażowałem się, ćwiczyłem i chodziłem na lekcje. Uwielbiałem to. Wkładałem w to pasję i energię, a kiedy orkiestra oddychała razem, kiedy zatrzymywaliśmy się i graliśmy razem – kiedy odnajdywaliśmy nasze „Ma” – to była magia.

Komunikacja w orkiestrze zawsze mnie fascynowała. Zazwyczaj wydaje się, że orkiestrą kieruje dyrygent. Bycie dobrym dyrygentem nie oznacza jednak bycia dyktatorem, tylko wizjonerem wyznaczającym kierunek, zachowującym przy tym czujność wobec in­tencji kompozytora, jak również mocnych i słabych stron poszczególnych muzyków, grup instrumentalnych i ­orkiestry jako całości. Wszystko to zależy od dnia, a nawet może się zmieniać w jego trakcie, w zależności od wielu czynników, poczynając od tego, kiedy była ostatnia przerwa na kawę, a kończąc na tym, kto z orkiestry imprezował ostatniej nocy, zamiast zostać w domu 
i ćwiczyć.

Przypadkowemu obserwatorowi może się wydawać, że dyrygent jest wielkim komunikatorem orkiestry, osobą dyktującą muzykę, ale dla muzyków szybko staje się oczywiste, że cała rozmowa toczy się między poszczególnymi muzykami, pomiędzy liderami sekcji i pierwszym pulpitem, w obrębie sekcji oraz pomiędzy czwartym rzędem skrzypków i drugim wiolonczelistą. Dobrzy muzycy są świadomi swoich poczynań i tego, jak wpływają one na ich otoczenie, a jednocześnie są świadomi swojego otoczenia i tego, jak ono wpływa na nich.

Dobry dyrygent to ktoś, kto potrafi słuchać, nie tylko w kontekście słuchania i interpretowania muzyki, ale także odnośnie do umiejętności dostrzegania wszystkich drobnych szczegółów, których nie da się wyrazić słowami, jak też energii orkiestry jako całości, jej dynamiki, miejsca, w którym gra, publiczności i wszystkich innych czynników biorących udział w tworzeniu muzyki.

Tworzenie dobrej muzyki jest wspólnym wysiłkiem; muzyka nie jest kreacją dyrygenta ani poszczególnych muzyków, kompozytora czy członków orkiestry. Dobra muzyka powstaje wtedy, gdy wszystkie te elementy łączą się w jedną całość pod przewodnictwem dyrygenta – w tym sensie bycie dobrym dyrygentem ma na celu stworzenie przestrzeni dla uważności, dla spostrzegawczej świadomości siebie i swojej roli, jak również roli osób wokół. Celem jest, by orkiestra złączyła się w jedną całość, by „Ma” zostało odnalezione, a powstająca muzyka miała swą najczystszą postać.
Elementem mojej pracy są wystąpienia publiczne i prowadzenie wykładów, uczestniczę w spotkaniach i rozmowach, doradzam i konsultuję projekty, prowadzę własną organizację i biorę udział w przedsięwzięciach innych osób, przeskakuję między strefami czasowymi i prowadzę rozmowy z ludźmi po drugiej stronie planety. Nie mam stałych godzin pracy. Moja praca jest rozproszona i intensywna, czuję się potrzebny, ale przy tym wszystkim często zatracam się i zaczynam czuć się zagubiony, a w końcu zniechęcony. Dążenie do bycia uważnym liderem oznacza nie tylko rozpoznawanie i zauważanie tego w sobie, ale także tego, w jaki sposób wpływa to na moje otoczenie, moje relacje i moją zdolność inspirowania innych do dążenia do mojego celu.

Widzę ludzi wokół mnie zmagających się z tym samym – powoduje to brak ukierunkowania, a bez kierunku nie ma pasji i energii.

Pracuję w dziedzinie, w której są to rzeczy ważne. W której życie, sprawiedliwość i prawa człowieka są istotne. Pracuję w dziedzinie zbudowanej na starożytnej filozofii, na ideałach, wartościach i umiejętności rządzenia. Dziedzinie, w której kluczowe jest prawdziwe przywództwo. Czasami jednak czuję, że ta dziedzina kruszy się wokół mnie z powodu detali związanych z polityką i biurokracją, kampaniami, uskutecznianym przez konsultantów ds. komunikacji i dziennikarzy polowaniem na clickbaity.

Sprawy na ogół wyglądają inaczej z dystansu, możliwe więc, że jestem oślepiony z powodu tego, jak blisko jestem spraw międzynarodowych. Czuję jednak, że w mojej dziedzinie bardzo potrzebne jest uważne przywództwo. Świat potrzebuje globalnych liderów, którzy niczym dobry dyrygent mogą przejąć ramy określone przez filozofów politycznych, ukształtowane przez wartości, i zainspirować dużą grupę ludzi do tego, aby z siłą i determinacją, ale nie bez doceniania niuansów i złożoności, zmierzali do celu, jakim jest zjednoczenie się i stworzenie czegoś naprawdę wspaniałego.

Miałem przywilej spotkania i pracy z Jego Ekscelencją Kofim Annanem, zanim zmarł w sierpniu ubiegłego roku, praw...

Przypisy