Brak wyników

Zdrowie i kariera

8 listopada 2019

NR 5 (Listopad 2019)

Uwolnić ciało

Ciało. Budzi pożądanie i trwogę jednocześnie. Jest źródłem przyjemności, ale też lęku przed chorobą, starzeniem i rozpadem. Kult młodości, tężyzny fizycznej, atrakcyjności z jednej strony stawia ciało w centrum, na piedestale. Z drugiej każe nam tłumić jego naturalną ekspresję. Mamy wstydzić się zapachu, owłosienia, kształtów, wydzielin, odgłosów (pracy jelit, soków trawiennych), powstrzymywać łzy, drżenie. Czuć odrazę do oznak starzenia (zmarszczek, bruzd, wiotkiej skóry, łysienia, siwizny) i niedoskonałości (trądziku, plam, krost, cellulitu, łuszczącej się lub przetłuszczającej się skóry). W ten sposób spacyfikowane ciało staje się zaledwie kostiumem, wiecznie upiększanym i modyfikowanym. Zredukowane do roli przedmiotu, jest „czymś”, lecz na pewno nie nami.

Zachodnie religie uwypuklają jeszcze ten rozłam ciała i duszy, zdając się przeciwstawiać je sobie. Boska moc odebrana jest ciału jako siedlisku nieczystości i grzechu. Więziona w nim dusza jest święta, bo wieczna, ciało zaś umiera, ulega rozkładowi, gnije. Nauka z kolei głosi potęgę ludzkiego umysłu. Koncentracja nau­ki na umyśle, a religii na duchu spowodowała, że ciało stało się odrębne. Człowiek został pokawałkowany, rozczłonkowany. Jak zauważył Ken Wilber w książce Niepodzielone, większość osób zapytanych: „Czujesz, że jesteś ciałem, czy też czujesz, że posiadasz ciało?” odpowie, że posiada ciało, mniej więcej na tej samej zasadzie, na jakiej są właścicielami samochodu czy mieszkania.
Tymczasem to właśnie przez ciało doświadczamy rzeczywistości, kontaktujemy się ze wszystkim, co nas otacza, reagujemy na świat. Za pomocą ruchu mięśni wyrażamy uczucia, wykonujemy gesty, poruszamy się, wpływamy na środowisko, tworzymy, wchodzimy w relacje z innymi, ustanawiamy granice. W ciele zapisują się nasze życiowe doświadczenia. Nasze ciało stale i nieprzerwanie reaguje na myśli, które mamy, i emocje, które czujemy. Wilhelm Reich, austriacki psychiatra i psychoanalityk, zauważył, że psychiczne cechy człowieka są widoczne w postawie jego ciała. Był przekonany, że zbroja charakteru jest tym samym, co zbroja mięśniowa, czyli chroniczne napięcia fizyczne. Uważał, że charakterystyczny sposób bycia człowieka, z jego stereotypowym zachowaniem, tworzy obronę przeciwko przykrym wspomnieniom. Sami często dostrzegamy tę „zbroję” u innych instynktownie: patrząc na kogoś, sposób, w jaki się porusza, gestykuluje, obserwując mimikę, słuchając melodii jego głosu – wyciągamy wnioski, z jakim „typem charakterologicznym” mamy do czynienia.
Alexander Lowen, amerykański psychiatra i psychoterapeuta, uczeń Wilhelma Reicha, przekonywał, że podobnie jak leśniczy odczytuje historię drzewa z jego słojów, terapeuta bioenergetyczny potrafi, patrząc na ciało człowieka, odtworzyć historię jego życia: postawy, jakie przyjmuje, wewnętrzne konflikty, ­schematy ­osobiste, mechanizmy obronne. Analiza bioenergetyczna, której jest twórcą, zakłada, że źródłem nerwic i depresji jest tłumienie uczuć, przejawiające się w chronicznych napięciach mięśniowych, a te blokują przepływ życiowej energii.

Odłączone emocje

Wiedza o przydatności rozwijania świadomości ciała ma starożytne korzenie, głównie we wschodnich praktykach medytacji i jogi. Idea wykorzystania tego w psychoterapii została prawdopodobnie po raz pierwszy wprowadzona przez Fritza Perlsa, twórcę terapii Gestalt, w jego książce Ego, Hunger and Aggresion wydanej w 1942 r. Obecnie bardzo dużo mówi się o znaczeniu pracy z ciałem w psychoterapii, nie tylko w obszarze terapii traumy i zespołu stresu pourazowego. Choć jeszcze niedawno tradycyjne modele terapeutyczne traktowały ciało i umysł człowieka jako odrębne całości. Kultywowano przekonanie, że terapeutycznie można oddziaływać albo na umysł – przez terapię werbalną (psychoterapię), albo na ciało – lecząc je fizycznie przez oddziaływania medyczne. 
Zintegrowana dziś wizja człowieka dostrzega, że procesy cielesne i umysłowe są nierozłączne. Podejście holistyczne reprezentują wspomniane już analiza bioenergetyczna oraz terapia Gestalt, ale także wiele innych modalności, m.in. będąca nurtem humanistycznym terapia skoncentrowana na emocjach (EFT) Lesliego Greenberga, somatic experiencing (SE) Petera Levine’a, terapia skoncentrowana na współczuciu (CFT) Paula Gilberta, TRE (trauma releasing exercises), psychoterapia tańcem i ruchem czy eye movement desensitization and reprocessing (EMDR). Dziś wszystkie główne nurty terapii – w tym także podejścia psychodynamiczne, psychoanaliza i terapia poznawczo-behawioralna – nie lekceważą znaczenia ciała w procesie przepracowywania bolesnych i ważnych doświadczeń. U podstaw tego podejścia leży przekonanie, że tylko człowiek świadomy w równiej mierze „mowy” swojego ciała, co umysłu, może w konsekwencji doświadczyć integracji, co skutkuje redukcją lub nawet eliminacją problematycznych objawów, głęboką ulgą i znaczną poprawą jakości życia.
Traktując człowieka holistycznie, nie można nie zauważyć, że naszym odczuciom zawsze towarzyszą doznania somatyczne. Na przykład doznanie smutku wiąże się często z wrażeniem ciężaru w klatce piersiowej, napięciem w przeponie, ściskaniem w gardle i ze łzami w oczach. Przez ciało doświadczamy własnych emocji. Nie zawsze są przyjemne, dlatego wolimy się od nich odcinać. Niejednokrotnie pojawienie się jakiegoś uczucia budzi w jakiejś części nas niechęć. Na przykład pojawiający się gniew może napotkać wewnętrzne przekonanie: „U nas w rodzinie nie okazuje się złości”. Gdybyśmy więc przeżyli ją i wyrazili w pełni, moglibyśmy narazić się na odrzucenie przez ważne dla nas osoby. Aby uniknąć tego ryzyka, sami zakładamy sobie rodzaj emocjonalnego kaftana bezpieczeństwa. Naturalny ruch związany z wyrażaniem uczuć zostaje zahamowany i następuje odcięcie od doznań fizycznych. Jednak każda niewyrażona emocja zostawia ślad w ciele, który przeradza się w chroniczne napięcie konkretnych grup mięśni. W wyniku tego możemy skarżyć się na bóle pleców, żołądka, gardła czy głowy, co z czasem może doprowadzić do poważnych dysfunkcji organów leżących na terytorium „wojny domowej” naszego organizmu.

Autentyczność

Wielu ludzi nie ma kontaktu ze swoimi uczuciami i pragnieniami. Jesteśmy świadomi kulturowej presji, która sprawiła, że mężczyźni przez wieki musieli zaprzeczać pojawiającym się w nich naturalnie odczuciom strachu, bezradności czy smutku. Kobiety wychowywano z kolei tak, aby koncentrowały się przede wszystkim na zaspokajaniu oczekiwań otoczenia i stawianiu na pierwszym miejscu uczuć innych ludzi, nie własnych. Z aprobatą społeczną nie spotykał się ich gniew, prowadzący do otwartego wyrażenia sprzeciwu i demonstracji własnej siły, autonomii i woli. Nic dziwnego, że trudno nam być w kontakcie z własnym ciałem, skoro to ono jest siedliskiem tych wszystkich represjonowanych przez pokolenia, niechcianych emocji. 
Wiele o naturze uczuć mówi etymologia słowa „emocja”. Pochodzi z łaciny: e („poza, na zewnątrz”) i movere („poruszać”), oznacza więc „poruszać się na zewnątrz”. Uczucia, jeśli pozwolimy im rozwijać się naturalnie, będą się uzewnętrzniać, poruszać w kierunku środowiska, smutek objawi się najpewniej przez szloch. Tymczasem od dzieciństwa uczeni jesteśmy czegoś przeciwnego. Od rodziców i innych opiekunów odebraliśmy lekcję, aby nie poddawać się „irracjonalnym” emocjom, tłumić je. Naturalna ekspresja uczuć, taka jak krzyk, płacz, jęk, a nawet głośny śmiech, wciąż nie spotyka się ze społeczną akceptacją. W świecie, który ufa „rozumowi”, emocje przeszkadzają, są niepraktyczne. Podczas gdy zdrowy rozsądek kojarzy się z siłą, to emocjonalność – ze słabością i histerią. 
Tłamsząc w sobie tę autentyczność, tracimy kontakt z sobą i zaufanie do siebie. Przestajemy wierzyć własnym doznaniom i reakcjom. Ograniczamy swoje ­zachowanie. Bojąc się smutku, być może zrezygnujemy z miłości, a obawiając porażki – z realizacji ważnych pragnień. „Jeśli nasze próby sięgania po coś, uzyskiwania czegoś od innych, są stale krytykowane lub odrzucane, wtedy ujawnianie potrzeby miłości wydawać się zacznie wielkim ryzykiem. Rezultatem będzie stałe napięcie mięśni ramion i klatki piersiowej w okolicy serca, uniemożliwiające sięganie po miłość” – pisze James I. Kepner w książce Ciało w procesie psychoterapii Gestalt. Według Alexandra Lowena człowiek, który nie ma kontaktu z własnym ciałem, nie może nawet wiedzieć, że jest zamknięty: „Będzie mówił o miłości, będzie nawet dokonywał czynów miłości, ale nie będą one przekonujące, bo ani w słowa, ani w działania nie włoży serca”.

Życzliwy obserwator

Wielu z nas czuje opór przed zwróceniem się w stronę swojego ciała. Instynktownie czujemy, że poruszymy bolesne obszary, tkliwe miejsca, spotkamy się z tym, co trudne. Uwolnienie emocji budzi lęk przed ich siłą i całkowitą utratą nad nimi kontroli. Twardy pancerz mięśniowy niczym zbroja pełnił przecież w naszym życiu przez lata ważną funkcję – miał zagłuszać ból dawnych ran, chronić przed trudnymi do zniesienia uczuciami, a także stanowić obronę przed ponownym zranieniem. To zrozumiałe, że nawiązując kontakt z własnym ciałem, możemy początkowo czuć się poważnie zaniepokojeni. Nasza zbroja będzie przecież mięknąć, może zniknie całkiem. Co wtedy z nami?! „Fala tsunami” latami tłumionych emocji wydaje się realną perspektywą. Odmrożą się uczucia i wspomnienia, duchy przeszłości, o których „woleliśmy” nie pamiętać. Dla wielu osób taki scenariusz wydaje się zbyt przerażający, by ryzykować kontaktowanie się z ciałem na własną rękę. Wówczas pomoc psychoterapeuty może okazać się nieodzowna – jego wsparcie pozwoli w bezpieczny sposób otworzyć się na to doświadczenie, przyjąć je i objąć refleksją. Może pojawić się także ból fizyczny spowodowany pobudzeniem krążenia, ruchu energii w dotąd skurczonym obszarze. Ponieważ trudne emocje wywołują nieprzyjemne doznania, na co dzień nawykowo staramy się od nich się odcinać. Gdy pojawia się ucisk w gardle lub ściskanie w klatce piersiowej, wielu z nas chce natychmiast pozbyć tych uczuć. Zazwyczaj nie przychodzi nam do głowy, by zrobić coś przeciwnego: skierować światło świadomości w stronę tych uczuć, towarzyszyć im, wsłuchać się w nie. Paradoks polega na tym, że tylko pozwalając uczuciom być, obdarzając je swoją uwagą, doświadczając ich, możemy sprawić, że emocjonalny (i co za tym idzie – często także fizyczny) dyskomfort, a nawet ból, okaże się z dużym prawdopodobieństwem niezagrażający i przemijający. Przez świadomą obecność, bycie w kontakcie z własnymi doznaniami cielesnymi i uczuciami, tkanki rozluźniają się, postępuje odprężenie mięśni i pojawia się doznanie ulgi.
Focusing to doświadczeniowy proces terapeutyczny nakierowany na ciało, którego twórcą jest Eugene Gendlin. Ta niezwykła podróż do wieloaspektowego świata naszego wnętrza zaczyna się od skierowania uwagi na ciało, zwłaszcza na gardło, klatkę piersiową, żołądek, brzuch. Później łagodnie zadajemy pytanie: „Co teraz domaga się mojej uwagi?”. Ważna jest postawa uważności i współczucia. Jesteśmy obserwatorem przepełnionym życzliwością wobec wszystkiego, co się wyłania. Niczego nie robimy na siłę. Z delikatnością rozglądamy się „po okolicy”, wyczuwając, co się tam, w centrum naszego ciała, dzieje. Nie próbujemy niczego prowokować, by odszukać coś koniecznie, spowodować, aby się wydarzyło. Jesteśmy „tym-który-zauważa”. Kiedy coś odnajdujemy, uświadamiamy to sobie, pozostając wrażliwi na najdrobniejsze zmiany w „poczuciach”, które się mogą wyłaniać z „chwili-na-chwilę”. Jesteśmy cierpliwi, wytrwali, z zaciekawieniem zbliżając się do tego cielesnego doświadczania. Sprawdzam więc, gdzie „to coś” czuję fizycznie? Jakie to jest? Czy mogę spróbować znaleźć właściwe słowa opisujące to doznanie? Czy pasują one do tego, czego właśnie doświadczam? Mogę się przywitać z tym poczuciem, które np. jest jak „coś ściśniętego w kłębek w moim brzuchu”. Nie chcę tego spłoszyć, więc postępuję z delikatnością i wyczuciem. Nie naciskam. Mogę dać mu znać, że go widzę, kierując do niego w myśli słowa: „Witaj, Kłębku”. Po prostu obserwuję „to coś” z intencją poznania go i wysłuchania. To jak siedzenie z przyjacielem, który coś przeżywa, ale nie wiemy jeszcze co. Łagodnie sprawdzam, czy woli, gdy usiądę jeszcze bliżej, czy może chce zachować dystans. Szanuję to. Niczego nie staram się w nim naprawiać, zmieniać. Nie jestem tu, by dawać mu rady, oceniać. Może Kłębek zechce mi opowiedzieć, co czuje? Nie zmuszam go do niczego, ale daję znać, że jestem z nim i obchodzi mnie, co się z nim dzieje. Może uda mi się „wyczuć” jego emocje, zobaczyć, jak to jest z jego punktu widzenia. Obserwuję, czy to poczucie się zmienia. Jak teraz daje o sobie znać to doznanie w ciele? Być może teraz już czuję Kłębek bardziej w okolicach serca niż w brzuchu i zauważam, że się troszkę „rozsupłał”, stając ciepły w odczuciu. Daję wciąż mu znać, że jestem tu, dla niego, ale nie narzucam się z niczym. Sprawdzam jedynie, czy coś się zmienia, czy zauważam coś, czego jeszcze przed momentem nie dostrzegałem.
Jesteśmy zatem towarzyszami tego, co w nas. Różne nasze doświadczające części, aspekty naszego „ja”, dają o sobie znać przez fizyczne doznania. Jeśli poczują się bezpiecznie, zaufają nam jako wspierającym towarzyszom, zapewne odsłonią się, pokażą i powiedzą wiele. Jest szansa, że otrzymamy wgląd w istotę jakiejś ważnej dla siebie sprawy, pojawi się wiele zrozumienia i poczucia bliskości z samym sobą. Z pewnością nie będzie to wyłącznie intelektualna analiza ani tylko zatapianie w emocjach bez udziału głowy. Tutaj cało i umysł pracują jednocześnie, uczestnicząc w żywej dyskusji. Nasze ciało potrafi bardzo dużo opowiedzieć przez odczucia fizyczne, odsłonić to, co było dotąd przed nami zakryte, wyłonić wiele ważnych informacji z nieświadomości. Możemy posłuchać o naszych zranieniach, emocjach czy kluczowych potrzebach, które na co dzień są ignorowane. Ale też o tym, jak możemy je właściwie z...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Zaloguj się

Przypisy