Brak wyników

Narzędzia mindfulness w praktyce

8 listopada 2019

NR 5 (Listopad 2019)

Od samopotępienia do samowspółczucia
Jak przerwać międzypokoleniowy przekaz traumy

0 27

Każda rodzina ma swoją „mitologię”, swoje własne systemy wierzeń, opowieści, skrypty, narracje. Przekazywane są kolejnym pokoleniom w formie norm, nakazów, zakazów, oczekiwań i żądań, które funkcjonują w postawie rodziców wobec dzieci. Choć wiele z tych rodzinnych przekonań dawno straciło na aktualności, są nieprzydatne, a wręcz niejednokrotnie szkodliwe, to jednak są (często bezrefleksyjnie) podtrzymywane. Poprzez sam fakt trwania zdają się otrzymywać potwierdzenie dla swojej zasadności.

Każdy wzorzec, schemat, dąży do przetrwania. Jest to związane z nieświadomym pragnieniem utrzymania stabilności w systemie rodzinnym, ciągłości jej historii, tożsamości i poczucia przynależności. To sprawia, że w każdej rodzinie odtwarzają się nieustannie te same wzorce interakcji pomiędzy jej członkami, stanowiące odbicie rodzinnych mitów i nierozwiązanych konfliktów poprzednich generacji. Wiele osób np. wychowało się w domach, w których wyrażanie niektórych uczuć stanowiło karygodne naruszenie rodzinnej tradycji. Emocjonalne tabu nie pozwalało nie tylko na ich swobodną ekspresję, lecz także na wewnętrzne doświadczenie. Przeżywanie emocji zostało połączone z przeświadczeniem, że jest się złym człowiekiem, który zasługuje na karę.

Głos z wnętrza

Bardzo trudno wyrwać się z tego zaklętego kręgu. Wybitny psychiatra Ivan Boszormenyi-Nagy, autor kontekstualnej terapii rodzin, podkreślał znaczenie więzów lojalnościowych, uważając je za najpoważniejszą siłę regulującą w systemie rodzinnym. Według badacza każdy zaciągnięty dług musi zostać spłacony. Jeśli tak się nie stanie, uruchomi to poczucie winy i wstyd, które przywołają dłużnika do uregulowania rachunków. 
Największym zobowiązaniem zawsze są obciążane dzieci. Głęboka lojalność wobec opiekunów każe im pokornie realizować zalecenia z rodzinnej recepty na życie. Dziecko nieświadomie się poświęca, często działając na własną szkodę. Lojalność nie musi być jawna i oczywista, jak wówczas, gdy w wyniku podporządkowania się nakazom dzieci wybierają np. studia, które wskazali im rodzice, lub też gdy nie zakładając własnej rodziny, pozostają wierne samotnej matce albo ojcu. Lojalność może być utajona, poruszać się podziemnymi tunelami. Każdy człowiek w jakiejś formie wchłania rodzica w swoją psychikę, wtłacza go w krwiobieg. Psychoanaliza określiła go mianem superego, w terapii schematów mówi się o dysfunkcyjnym trybie rodzicielskim, w podejściach humanistycznych – o Krytyku Wewnętrznym. 
Podobnie w podejściu Internal Family Systems (IFS), które koncentruje się na pracy z subosobowościami (częściami Ja), praca z Krytykiem Wewnętrznym jest kluczowa w procesie terapii. Jest on sumą werbalnych i niewerbalnych opinii o nas (głównie opiekunów, ale także innych autorytetów), komunikatów uznanych za fakty, niepodważalną prawdę. Choć dawno przestaliśmy być dziećmi, głos rodzica rządzi naszym życiem. Jest to powszechne, choć wiele osób prawdopodobnie zaprzeczy: „To nieprawda. Jestem samodzielnym, odrębnym od rodziców człowiekiem. Nie mieszkam z nimi, nie konsultuję z nimi swoich decyzji. Nie ma mowy, by mieli nadal wpływ na moje życie”. A jednak. Jesteśmy w pewnym sensie nosicielami ich postaw, tak jak wcześniej oni byli nosicielami postaw, przekonań i wartości swoich rodziców, a naszych dziadków. Możemy więc wchłonąć w siebie ich krytyczny aspekt i w związku z tym mieć poczucie, że nie jesteśmy tacy, jacy powinniśmy być, że jesteśmy wadliwi, głupi, brzydcy, źli. Albo przyswoić głos nadmiernie lękowego rodzica i podobnie jak on wszędzie widzieć zagrożenie. Możemy zaabsorbować przekonania rodzica obwiniającego, który wiecznie tkwi w roli ofiary, widząc dziś w innych ludziach źródło swojego cierpienia. Być może naszym wnętrzem rządzi rodzic karzący, niepozwalający nam na bycie zrozpaczonym, słabym, potrzebującym. Przeżywając smutek, możemy więc złościć się na siebie albo czuć się ciężarem dla innych. Nieustająco odwołujemy się do tej figury rodzica w swoim wnętrzu. 

Pierwotna więź 

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że od charakteru pierwszej relacji, jakiej doświadczy dziecko, zależą wszystkie jego późniejsze związki. W 1969 r. w swojej kultowej już książce Attachment and Loss John Bowlby dostrzegł, że na bazie interakcji pomiędzy matką a niemowlęciem tworzy się pewnego rodzaju matryca jego sposobu widzenia siebie, innych i świata. Jeśli matka jest wrażliwa na potrzeby dziecka, stabilna emocjonalnie i cechuje ją ciepło, u dziecka automatycznie rozwija się bezpieczny styl przywiązania. Oznacza to, że nabiera ono przekonania, iż jest wartościowe, zasługuje na miłość i szacunek, a inni ludzie są wspierający i można im ufać. 
Donald Woods Winnicott pisał o pierwotnym macierzyńskim zaabsorbowaniu, mając na myśli właśnie tę naturalną postawę matki wobec niemowlęcia – jej wysoki stopień dostosowania do jego indywidualnych potrzeb. Jeśli matka jest emocjonalnie chwiejna, choruje fizycznie lub psychicznie, zmaga się z uzależnieniem lub doświadcza innych poważnych trudności życiowych, z dużym prawdopodobieństwem nie będzie w stanie zaoferować dziecku opieki, której ono potrzebuje. W ten sposób wytworzą się u niego pozabezpieczne wzorce przywiązania. Oznacza to, że dziecko będzie doświadczać chronicznego lęku, rozwinie niskie poczucie własnej wartości, zacznie postrzegać świat jako miejsce zagrażające, a innych ludzi jako niestabilnych lub nawet krzywdzących. Może nieustannie bać się odrzucenia, jednocześnie przywierając do osoby, z którą jest w związku, przytłaczając ją swoimi oczekiwaniami, albo bać się bliskości, unikając zaangażowania i trzymając się na bezpieczny dystans.
Jeśli dziecko będzie miało trochę szczęścia, to drugi rodzic albo inny ważny opiekun w jakiejś mierze zrekompensuje mu te niedostatki, wnosząc korektę do gromadzonej bazy danych o relacjach. Zdarzy się to wtedy, gdy przy dorosłej osobie, z którą dziecko ma częsty kontakt, będzie się ono mogło poczuć naprawdę kochane – akceptowane, traktowane z życzliwością, wartościowe. Jeśli tak się nie stanie, to właśnie z tym pierwotnym, pozbawionym zaufania uposażeniem dziecko pójdzie dalej w świat. Z przekonaniami, które nabyte zaraz po urodzeniu, a potem wielokrotnie utrwalane, utworzą silną oś, wokół której zorganizują się wszystkie jego późniejsze związki i relacje. 

Twój świat jest moim światem

Rodzic, który sam nie dorastał w ufnej relacji przywiązania, nie posiada zasobów, by móc zaoferować taką relację swojemu dziecku. Niezwykle trudno ukoić dziecko, wygasić jego silnie negatywny afekt i dać mu poczucie komfortu, gdy samemu jest się zestresowanym, napiętym, zalęknionym. Umysły rodziców wypełnione problemami, nieustającą gonitwą myśli, nie mają wolnej przestrzeni dla swoich dzieci. Rodzice mogą pozostawać ze swoimi pociechami obecni ciałem i nawet z nimi rozmawiać, bawić się klockami czy układać puzzle, a jednocześnie być całkowicie poza zasięgiem w wymiarze emocji i rzeczywistej interakcji. Rodzic zamknięty we własnym umyśle nie patrzy na dziecko z zainteresowaniem i zachwytem. Nie może być autentycznie ciekaw jego przeżyć, jego zdania na jakiś temat i dziecięcych opowieści. Pozostając odseparowanym, odłączonym, niedostępnym, nie potrafi z miłością reagować na swoje dziecko. Nietrudno wyobrazić sobie, jak bardzo osamotnione i zrozpaczone czuje się ono w tej sytuacji. 
Małe dzieci są niemal zupełnie pozbawione mechanizmów obronnych. Oznacza to ekstremalną podatność, wrażliwość na wszystko, co dzieje się dookoła, wyczuwanie nastrojów, emocji, wszelakich odczuć ważnych osób dorosłych. Świat wewnętrzny opiekuna wlewa się więc do świata wewnętrznego dziecka szerokim strumieniem. Zmartwienia rodzica nie są zatem tylko jego sprawą. Jeśli w wewnętrznym świecie mamy lub taty jest dużo bólu i cierpienia, dziecko również zacznie taki świat w sobie tworzyć. Carl Gustav Jung pisał o prymitywnej, nieświadomej identyfikacji dziecka z rodzicami, sprawiającej, że czuje ono ich wewnętrzne konflikty i przeżywa je zupełnie tak, jakby były to jego własne problemy. 
Ciało osoby udręczonej problemami nie może być źródłem ukojenia dla dziecka. Choć potrzebuje ono dotyku, utulenia, jeśli gorset mięśniowy opiekuna jest twardy, dziecko odbiera go – jak trafnie zauważa psychoterapeutka Margot Sunderland, autorka książki Niska samoocena u dzieci – jako źródło trwogi, nie spokoju. 
Zachowanie nieobecnego emocjonalnie rodzica, pochłoniętego swoimi sprawami, toczącego wewnętrzne walki, patrzącego na dziecko pustymi, niewidzącymi oczami, albo rodzica owładniętego impulsywnym gniewem mały człowiek odbierze jako reakcję na siebie. Uzna, że to on jest źródłem problemu, i weźmie winę na siebie. 

Zraniony opiekun

Dziecko w końcu dorasta i samo zostaje rodzicem, a doświadczenie rodzicielstwa wyzwala w nim stare dziecięce traumy. Otwiera niezagojone emocjonalne rany, konfrontuje z niezaspokojonymi pierwotnymi potrzebami. 
Wyobraźmy sobie sytuację, w której malec jest zrozpaczony i płacze. Jego rodzic w dzieciństwie, gdy płakał, spotykał się z negatywną reakcją swoich opiekunów, np. irytacją, złością, może słyszał: „Natychmiast przestań! Nic się nie stało, już dosyć!”. A może był ignorowany; ojciec lub matka pozostawali odcięci, zimni i obojętni. Nie otrzymywał więc w tej sytuacji zrozumienia, współczucia i czułej troski. Musiał coś zrobić z emocjami, które budziły taką niechęć w rodzicu. Być może zaczął odłączać się od tych uczuć, wyrzucać cierpienie poza świadomość. Teraz, gdy jest dorosły i jego dziecko płacze, kierowany nieświadomym wspomnieniem, zareaguje w nieadekwatny, niezrozumiały dla siebie, silny, a może nawet gwałtowny sposób. Podobnie jak wcześniej jego rodzice – złością, niechęcią, pogardą albo emocjonalnym wycofaniem. Nie będzie rozumiał swojej reakcji, choć prawdopodobnie zacznie ją usprawiedliwiać, uzasadniać, wyjaśniać poprzez zewnętrzne okoliczności, przyczynę swoich emocji upatrując w zachowaniu dziecka, które jest przecież „takie niegrzeczne”.
Wyobraźmy sobie z kolei rodzica, który w dzieciństwie spotykał się z aprobatą tylko wtedy, gdy miał bardzo dobre wyniki w nauce. Kiedy dostawał złą ocenę, matka i ojciec krzyczeli, wyzywali go albo dystansowali się emocjonalnie. Taką reakcję szybko uwewnętrznił i rozwinął perfekcjonistyczne standardy, łając siebie za każdą porażkę. Swoje słabości zaczął przeżywać jako coś głęboko zawstydzającego i zasługującego na potępienie. Jeśli nie ma litości dla siebie w przypadku błędów i uchybień, trudno mu będzie zachować postawę ciepła i wyrozumiałości, gdy dziś jego syn przyniesie ocenę niedostateczną ze sprawdzianu. 
Rodzice nie potrafią sobie radzić z gwałtownymi uczuciami, które wzbudzają w nich dzieci, co widać szczególnie w rodzinach, w których dzieci są krzywdzone fizycznie, bite i maltretowane. Statystyki są bezlitosne: w Wielkiej Brytanii największą liczbę ofiar zabójstw stanowią niemowlęta. To drastyczny przykład, nader jasno jednak ukazujący skalę problemu.

Bal maskowy

U niedojrzałych emocjonalnie rodziców bliskość wywołuje odruchową reakcję lękową. Ponieważ nie czują się komfortowo ze swoimi uczuciami, mogą hamować najróżniejsze ich przejawy u swojego dziecka. Uciszać je, gdy jest wesołe, radosne i głośno się śmieje, ganić, gdy jest spontaniczne i tańczy lub śpiewa, okazywać złość, gdy asertywnie wyraża własne zdanie i pragnienia, lub niechęć, gdy czegoś nie potrafi zrobić zgodnie z instrukcją. 
Odwracając się od jakichś uczuć i potrzeb dziecka, opiekunowie komunikują mu: „Gdy jesteś taki, wówczas ciebie nie chcę”. Dziecko uczy się, że tylko pod pewnymi warunkami jest akceptowane, kochane. Prowadzi to do największego dramatu, najpoważniejszej choroby, która nęka ludzkość od zarania dziejów – samopotępienia. Dziecko rozwija nienawiść, obrzydzenie do samego siebie i stale obecny lęk – że zostanie odrzucone, poniżone, skompromitowane, gdy tylko inni odkryją, jakie jest naprawdę: niewarte miłości. 
Aprobata rodzica jest warunkiem koniecznym, by dziecko otrzymało opiekę (i w ten sposób przeżyło!), zrobi więc absolutnie wszystko, żeby matka lub ojciec byli zadowoleni. Utworzy fałszywe Ja – maskę, której być może nie zdejmie aż do śmierci. Poczuje się w niej w jakiejś mierze bezpieczne, ponieważ wzbudzi upragnioną akceptację lub przynajmniej uniknie kierowanej ku sobie agresji. Ukryje się za przebraniem: 
Grzecznej Dziewczynki, Miłego Chłopca, Perfekcjonis­ty, Gwiazdy, Intelektualisty, Clowna, Pielęgniarki, Szarej Eminencji, Wiecznie Chorego itp. Wejdzie w rolę skrojoną na miarę potrzeb rodzica. Udział w tej maskaradzie da mu złudzenie ucieczki od lęku przed odrzuceniem, obojętnością, skrzywdzeniem. Wyrażanie siebie, swojego autentycznego Ja byłoby zbyt straszliwą opcją – mogłoby oznaczać utratę miłości rodzica. Najpierw realnego, potem tego we wnętrzu, projektowanego także na innych ludzi spotykanych w życiu w najróżniejszych kontekstach. 
Swobodne komunikowanie potrzeb, uczuć, preferencji, upodobań nie może mieć miejsca. Trauma przekazywana jest kolejnemu pokoleniu. Rodzic, który sam był kochany warunkowo, ponieważ jego rodzice nie potrafili przyjąć jakichś aspektów jego Ja, teraz sam w ten sposób krzywdzi własne dziecko. Ponieważ żaden z członków danej rodziny nie mógł poczuć, że można go kochać po prostu takim, jakim jest, niska samoocena staje się powtarzającym się motywem w jej historii. 

Sierociniec

Czujące dziecięce części naszego Ja często są nazywane w różnych teoriach Wewnętrznym Dzieckiem. Jeffrey Young, twórca Terapii Schematów, określił je trybem Wrażliwego Dziecka, a Richard Schwartz, twórca terapii IFS (Internal Family Systems), nazwał je Wygnańcami (Exiles)...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Zaloguj się

Przypisy